Jechaliśmy do Poznania z przekonaniem, że na koncert wpadnie ledwie garstka osób. Jako, że prowadził Henio, nie mogło się obejść bez kilku przygód po drodze. Na szczęście dojechaliśmy szczęśliwie i w miarę jednym kawałku.

Każdy zespół miał przywieźć ze sobą własny osprzęt do perkusji. Henio wziął tylko rozstrojony werbel... ale to i tak nie miało znaczenia, bo sprężynę do niego położył na samochodzie... Przypomniał o tym sobie w połowie drogi... Nic to, przynajmniej miał dobre chęci.

Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że zmienione zostało miejsce koncertu. Wyszło na to, że gramy w... kinie. Zaletą była baaardzo duża scena. Na minus można zaliczyć krzesełka, które na szczęście stały dosyć daleko od sceny. Jednak i tak spowodowały one, że część ludu siedziała zamiast się bawić.

Ku naszemu zaskoczeniu publika nad wyraz dopisała. Zostaliśmy obrzucani kabanosami... Myślę, że większość bawiła się świetnie.